Wyrypa w formule self support, czyli o tym, jak przeszliśmy prawie 100 km po górach

Biegi i wyrypy górskie w Kotlinie Kłodzkiej

Wyrypa w formule self support, czyli o tym, jak przeszliśmy prawie 100 km po górach

12 czerwca, godzina 15:15. Wraz z Leszkiem Boczkiem, moim niezawodnym wolontariuszem, ruszamy spod 4 Żywiołów w Starej Morawie, by zmierzyć się z trasą, którą zaproponujemy Wam podczas wiosennej edycji Marszu Jaskiniowego Niedźwiedzia w 2027 roku.

Właśnie przeszło lekkie załamanie pogody po kilkudniowej fali upałów, ale delikatny deszcz i temperatura nieprzekraczająca 20 stopni okazują się wręcz idealnymi warunkami do długotrwałego wysiłku. Humory dopisują nam więc od samego początku.

Pierwsze kilometry

Pierwsze niespełna cztery godziny to odcinek do malowniczego Międzygórza. Są na nim nieco bardziej wymagające fragmenty, ale całość nie nastręcza większych trudności. Jesteśmy świeży i gotowi do działania, dlatego 20 kilometrów pokonujemy zgodnie z założonym tempem. W samej miejscowości robimy ostatnie zakupy w miejscowym sklepiku. Przez kolejne etapy wędrówki będziemy zdani wyłącznie na to, co niesiemy w plecakach.

 

Koło godziny 22:00 mijamy Jodłów, kierując się na Trójmorski Wierch. Zaczyna mocno padać, góry zasnuwa gęsta mgła ograniczająca widoczność do kilku metrów. Takie warunki utrzymają się aż do trzeciej nad ranem. Pomimo pogody do szczytu docieramy bez większych problemów, ale ze względu na bardzo ograniczoną widoczność odpuszczamy wejście na wieżę widokową i zaczynamy schodzić w kierunku schroniska PTTK na Śnieżniku. 

 

   

 

Mokra noc pod Śnieżnikiem

Przed pierwszą w nocy docieramy do schroniska, gdzie postanawiamy zrobić półgodzinną przerwę. Trzeba uzupełnić paliwo, więc solidnie się posilamy. Deszcz kompletnie nas przemoczył, dlatego wyciągamy z plecaków suche ubrania. Zanim jednak zdążę się przebrać, zaczyna mną porządnie telepać. Potrzebuję około kwadransa, żeby wychłodzony organizm wrócił do normalnego funkcjonowania. Kolejny cel: szczyt Śnieżnika.

W wieży na Śnieżniku robimy krótką przerwę. Leszek przekopuje plecak, bo podejrzewa, że zostawił portfel w schronisku, ale na szczęście obywa się bez powrotu. Z metalowych schodów intensywnie kapie woda, przez szczyt przewalają się gęste mgły. Gdybym był sam, wyobraźnia pewnie zaczęłaby robić swoje.

Zanim dotrzemy do 50. kilometra w Kamienicy, musimy zmierzyć się z bardzo wymagającym żółtym szlakiem. Trasa to właściwie mokre, śliskie rumowisko skalne, a widoczność ograniczona do światła czołówki zdecydowanie nie ułatwia zadania. Mimo to po 12 godzinach osiągamy połowę dystansu, więc wszystko przebiega zgodnie z planem.

Świt w Górach Bialskich

Na Przełęczy Płoszczyna wchodzimy w baśniowy świat Gór Bialskich. Świt pozwala nam w pełni nacieszyć się tym niezwykłym pasmem. Niestety między piątą a szóstą rano mój mózg przechodzi w tryb awaryjny. Rezerwowego energetyka wypiłem już dawno, a silne uzależnienie od kawy, której nie mam teraz pod ręką, zdecydowanie nie pomaga.

Na Rudawcu robimy przerwę śniadaniową. Przypominam sobie, że w plecaku mam jeszcze czekoladę. To tylko namiastka ratunku, ale kwadrans później głowa wraca na właściwe tory i ruszamy w stronę Bielic.

Po drodze przechodzimy przez Rezerwat Puszczy Śnieżnej Białki, jedno z moich ulubionych miejsc w Sudetach Wschodnich. Promienie słońca prześwitujące przez korony drzew sprawiają, że ten poranek staje się prawdziwie magicznym doświadczeniem.

Wzdłuż Białej Lądeckiej

Zejście w okolice Bielic oznacza sporą utratę wysokości, którą później trzeba będzie odrobić, kierując się ku szlakowi granicznemu. Zanim jednak tam docieramy, zahaczamy o mało znany szczyt Postawna. Po jego zdobyciu jednogłośnie stwierdzamy, że nie poprowadzimy tędy trasy wyrypy. Wąska ścieżka meandruje wśród bardzo gęstej roślinności, a my mamy już kompletnie przemoczone buty i spodnie. Dodatkowo sam szczyt jest zalesiony i nie oferuje żadnych widoków.

Za to przejście drogą wzdłuż Białej Lądeckiej okazuje się absolutnie ekscytującym doświadczeniem. Rzeka ma tutaj typowo górski charakter – pełno w niej skalnych progów, narzuconych głazów i naturalnych „baseników”, które aż proszą się o zanurzenie zmęczonego ciała. Klimat niemal jak w tatrzańskich dolinach.

Korzystając z mapy w telefonie, odnajdujemy szlak graniczny i czeka mnie ogromnie pozytywne zaskoczenie – szczyt Brusek, na którym nigdy wcześniej nie byłem. Piękny, bardzo nietypowy, z fenomenalną panoramą na Masyw Śnieżnika.

Kryzys

Schodząc do Bielic, zaczynam odczuwać pierwsze poważne problemy. W obu kolanach pojawia się silny stan zapalny – niestety to pokłosie wypadku rowerowego sprzed dekady, spowodowanego przez nieostrożnego kierowcę. Ból bardzo szybko narasta. Przy każdym kroku zaciskam zęby, a z moich ust coraz częściej wydobywają się nieartykułowane dźwięki udręki.

Skończyły mi się zapasowe skarpety, a od Postawnej idę w przemoczonych butach. Efekty w postaci bolesnych odcisków pojawiają się błyskawicznie.

Kilka razy dopadają mnie też dość mocne omamy. Widzę różne dziwne rzeczy, słyszę głośną taneczną muzykę, ale najbardziej zapadł mi w pamięć widok przyczepy kempingowej stojącej pośrodku lasu. Oczywiście żadnej przyczepy tam nie było, a ja niemal z fascynacją obserwuję figle, jakie płata mi zmęczony umysł.

Najtrudniejsze zejście

Przed nami ostatnie bardzo poważne wyzwanie – Czernica, na którą wchodzimy stromym żółtym szlakiem. Moje kolana błagają o zakończenie tej przygody, a ja jak kompletny żółtodziób nie zabrałem ze sobą żadnych środków przeciwbólowych, maści – niczego. Wychodzi na jaw przesadna pewność siebie, mimo że góry przez 30 lat nieraz uczyły mnie pokory.

O ile samo podejście jestem jeszcze w stanie wytrzymać, o tyle strome zejście czerwonym szlakiem okazuje się jednym z najbardziej bolesnych doświadczeń w moim życiu. Leszek, widząc, co się dzieje, zaczyna sugerować skrócenie trasy. Odkłada na bok własne sportowe ambicje i jak na świetnego kumpla przystało, ze stoickim spokojem przyjmuje moje ślamazarne tempo i świadomość, że zakończymy projekt, mając metę niemal w zasięgu wzroku.

Ostatnie dwa kilometry do Goszowa pokonuję, idąc tyłem. Przy pierwszych zabudowaniach zatrzymujemy się. Siadam na ziemi i wiem, że moja przygoda kończy się właśnie tutaj. Licznik zatrzymuje się na 97 kilometrach.

Nektar bogów

Po chwili z domu wychodzi przemiła gospodyni. Zaprasza nas na taras, częstuje kawą i herbatą. Pierwsza kawa tego dnia smakuje niczym nektar bogów. Chcemy dzwonić po taksówkę, ale okazuje się, że jej mąż może podrzucić nas do Starej Morawy.

Niecałe pół godziny później jesteśmy już przy samochodzie. W międzyczasie moje kolana zdążyły zesztywnieć. Każdy krok i każda próba wstania oznaczają przeszywający ból, ale mimo wszystko motywuję się do wizyty w lokalnej restauracji. Z ogromnym apetytem zjadamy pizzę, popijając ją zimnym piwem bezalkoholowym.

Misja wykonana

Bardzo się cieszę, że zrealizowaliśmy ten projekt. Dla nas, organizatorów, był to niezwykle cenny rekonesans. Pozwolił spojrzeć na trasę oczami uczestników, określić odpowiednie ramy czasowe i lepiej przygotować się na sytuacje, które mogą wydarzyć się podczas marszu.

Trochę żal tych stu kilometrów, bo – dokładnie tak jak Wy – kochamy okrągłe liczby. Jednak w pierwszej kolejności chodziło o sprawdzenie trasy, zanim Wy się z nią zmierzycie. I to zadanie uważam za zakończone pełnym sukcesem.